Tak dla Odry, Tak dla Polski

20 lat po powodzi tysiąclecia

[ Przedstawiona poniżej wiedza nie powinna być zapomniana, lecz gromadzona, systematyzowana i poszerzana, jeśli chcemy się upierać przy nazwie “homo sapiens”. J.B.]  20 lat po powodzi tysiącleciaDwadzieścia lat temu wielka woda przetoczyła się w dorzeczu Odry odciskając na długo złowrogie piętno w naszej pamięci. Zniszczyła też żeglugę, która nie powróciła już do stanu sprzed kataklizmu a niezbyt rozsądna polityka w latach kolejnych doprowadziła do niemal kompletnego upadku tej gałęzi transportu.

Wiele lat, jakie upłynęły od powodzi w roku 1997 nie nauczyły – niestety – decydentów niczego. Podszepty tzw. “zielonych” o zapobieganiu powodziom przez “renaturyzację rzek, rozbiórkę wałów, zbiorników retencyjnych i wszelkich budowli hydrotechnicznych” tak się widać rządzącym ekipom podobały, że za nic mieli ofiary ludzkie i kolosalne straty w gospodarce kraju poniesione w roku 1997. Przypomnę: Bilans tamtej powodzi to 55 ofiar śmiertelnych, 200 tysięcy osób ewakuowanych, 2592 zalanych miejscowości (w tym 1362 całkowicie), zniszczeniu uległo 480 mostów, ponad 1370 km dróg i 1100 km wałów przeciwpowodziowych.

Podjęte przez społeczeństwo ambitne plany przeciwdziałania takim skutkom w przyszłości (m.in. “Program dla Odry”) były skutecznie torpedowane przez tzw. “zielonych”. To między innymi dzięki ich protestom nie ma jeszcze zbiornika Racibórz, nie ma skutecznego systemu prowadzenia prac hydrotechnicznych na rzekach (oczyszczanie koryta z pni, konarów i zielska wszelkiego, czyszczenie pól międzyostrogowych i samych ostróg ze zbędnej roślinności, naprawy uszkodzonej zabudowy regulacyjnej, pogłębianie kanałów itd.).

Oddano we władanie pseudo-ekologów i innych dyletantów niezwykle wrażliwy na nieróbstwo i zaniedbania dział gospodarki kraju, jakim jest gospodarowanie wodami – w znaczeniu pojmowanym także jako ochrona przeciwpowodziowa. Staraliśmy się na naszych łamach od dawna uczulać społeczeństwo na skutki nieodpowiedzialnej polityki związanej z drogami wodnymi i gospodarką zasobami wodnymi.

Przypomnijmy więc dwa artykuły, które napisali członkowie dzisiejszej Rady Kapitanów dziesięć lat temu… Oryginalne publikacje dostępne są pod linkami:
http://www.zegluga.wroclaw.pl/articles.php?article_id=111
http://www.zegluga.wroclaw.pl/articles.php?article_id=112

Wielka woda – 1997
Minęło 10 lat i na dobrą sprawę wiele z tego co działo się tamtego lipca umyka z naszej pamięci. Odra przypomniała nam wtedy, że woda to nie tylko życiodajny płyn, ale to też żywioł. Życie na naszej planecie nie może istnieć bez wody. Jej niedobór to kataklizm, jej nadmiar też. Jak więc ma zachować się człowiek w kontakcie z wodą ? Nie chcę przywoływać górnolotnych haseł, wychwalających wodę jako nasze dobro wspólne, nie chcę też przedstawiać jej w całkowicie czarnych kolorach. Po prostu; wody nie należy się bać, ale trzeba mieć dla niej respekt. Czy należy być biernym wobec wody jak to coraz głośniej pokazują pseudo-ekolodzy ? Czy należy wodę poskramiać za wszelką cenę ? Czy należy ją całkowicie ignorować ? Czy traktować wodę jako partnerkę i sojuszniczkę ? Odpowiedź jest bardzo prosta – trzeba o niej pamiętać, poznawać ją coraz bardziej, współpracować z nią a Ona-woda potrafi być dobra i hojna. My, ludzie XX i XXI wieku wiemy bardzo dużo o wodzie, ale czy wiemy wszystko ? Nasza wiedza o wodzie … tak, tak, tu należy przerwać wyliczanki o tym co wiemy, tu raczej jest miejsce na pokazanie tego co robimy.

Początek lipca I997, zupełnie przypadkowo o tej porze roku, (środek sezonu nawigacyjnego) znalazłem się we własnym mieszkaniu w Kędzierzynie-Koźlu. Pogoda raczej można by ją porównać z listopadem pod względem opadów, ale było ciepło.
Przez dwa tygodnie padało non stop, ale był to drobny deszczyk po prostu kapuśniaczek. Nic nie wróżyło zła. Był lipiec, były wakacje…. Jako marynarz żeglugi śródlądowej w znacznie większym stopniu interesuję się informacjami na temat stanów wód, a przekazywane dane zaniepokoiły mnie. Przypomniałem sobie wtedy opinie starych Ślązaków-marynarzy o tym, że taki deszcz daje wodę, dużą wodę. Podzieliłem się tym z kilkoma sąsiadami ale…to minie, to zaraz wsiąknie w ziemię, zresztą, my w Koźlu często mamy dużą wodę … Deszcz nie ustawał, stany wody na wodowskazach niebezpiecznie szły w górę, żegluga na Odrze stanęła, myśleliśmy – cóż, spóźniona “Jakubówka”.

Rząd RP wraz z Premierem Cimoszewiczem zajmowali się dużą polityką – przystąpieniem Polski do NATO, “zieloni” w Czorsztynie przykuwali się do tamy w proteście przed jej próbnym napełnieniem, Czesi już byli po Mistrzostwach Świata w sportach motorowodnych na zbiorniku Ostrawskim, media miały swoje ważne tematy, meteorolodzy – jeszcze trochę popada, Władze lokalne – przecież są wakacje…sielsko, anielsko. Miejscowe Radio-Park przekazywało systematyczne komunikaty;
Miedonia – stan alarmowy, Miedonia – stan alarmowy przekroczony o… Zebrał się Komitet Przeciwpowodziowy… W górnym odcinku Odry podtopione zostały… Miedonia – nadal rośnie… w górnym odcinku zalane zostały już… Chałupki zalane… Racibórz pod wodą… fala powodziowa zalewa nadodrzańskie wsie i zbliża się do Kędzierzyna-Koźla…Miedonia 9,60 koniec wodowskazu…woda rośnie…w Koźlu fala spodziewana jest na godzinę…

Mieszkańcy Kędzierzyna-Koźla przychodzą całymi rodzinami nad brzeg Odry zobaczyć jej groźną szatę. Służby miejskie zaczęły pośpiesznie budować półmetrowej wysokości wał ochronny układając w najniższym miejscu miasta worki z piaskiem. W sklepach spożywczych zaczyna brakować towaru…gdzieś słychać wśród nadodrzańskich gapiów; eee tam, znowu panika, zaleje Łany, Cisek i te małe wsie i po wszystkim…jak co roku…inni dla odmiany; to nie wróży nic dobrego…

Zbliża się wieczór, woda w Odrze nadal rośnie, mosty drogowe w Koźlu wyłączone z ruchu, woda rzeki zaczyna występować z koryta i zaczyna zalewać niżej położone ulice miasta. W Kozielskim szpitalu trwa ewakuacja sprzętu z niskiego parteru na wyższe kondygnacje…zaczyna być groźnie.

Tego dnia wieczorem będąc już w domu zajrzałem do lodówki…była pusta, co się stało?… W sklepach już nic nie było, jutro pobiegnę o 6-tej rano do sklepu i kupię co trzeba, teraz idźcie spać, ja będę dyżurowała przy radiu, jak coś się będzie działo to was obudzę – powiedziała nasza córka. Noc była bardzo duszna, okna były otwarte, sen miałem bardzo niespokojny…udawałem, że śpię. Doskonale słyszałem mimo prawie całkowitego wyciszenia radiowe komunikaty.

– Tu Radio-Park…woda zalewa piekarnię przy ulicy Chrobrego, straż nie daje rady…chętni do pomocy…
– Tu Radio-Park…woda zalewa salon samochodowy przy ulicy…właściciel proszony…
– Tu Radio-Park…trwa ewakuacja szpitala w Koźlu…chętni do pomocy…
– Tu Radio-Park…komunikat specjalny…Czesi otworzyli zbiornik ostrawski…może być bardzo groźnie, może to być powódź stulecia…
– Tu Radio-Park…to już nasz ostatni komunikat… woda zalewa nasze studio… musimy się ewakuować… Cisza…

7 lipca godz.4,30 do naszej sypialni wbiega córka; wstawać, nie słyszycie tego szumu, to Odra nas zalewa…poderwaliśmy się łóżka i do okna…nic nie widać…nie tu, z drugiej strony, od strony koszar…pobiegliśmy z żoną do właściwego pokoju i do okna… od strony Większyc na nasze osiedle nacierała ze złowrogim szumem fala wody, na swoim przodzie niosła to, co ośmielało się stanąć jej na drodze… drogę wybrała tego roku według własnego upodobania, stała się nieprzewidywalna…

Szum wody poderwał na nogi całe osiedle, ludzie biegli czym prędzej do samochodów na osiedlowych parkingach, do swoich garaży aby uratować swoje auta przed żywiołem wody. Na nic się zdały ich starania, woda błyskawicznie zalewała osiedle.
Po I0 minutach osiedle było już pod metrową warstwą wody, woda ciągle zalewała osiedle, ci którym udało się ruszyć z parkingu zostawiali swoje auta tam gdzie dopadła ich woda, teraz ratowali siebie, szybko do domu…

Woda pochłaniała wszystko, znikały pod wodą parkingi wraz z samochodami, powoli znikały rzędy osiedlowych garaży wraz z zawartością, piwnice osiedlowe już dawno były zalane, ale zauważyliśmy to dopiero gdy mieszkańcy parterów ewakuowali się na pierwsze piętro. Co teraz ? Prądu nie ma, bo to oczywiste, woda w kranie jest, ale jak długo i czy zdatna do picia, gaz jest ale też na jak długo ? Telefony nie działają… brak informacji…lodówka pusta…zresztą i tak nie działa…co robić…czekać…

Zapaliłem papierosa, wyszedłem na balkon. Z wysokości czwartego piętra widziałem to czego nie byłem w stanie wyobrazić sobie jeszcze wczorajszego dnia. Woda, brunatna woda, groźna woda, złowrogo szumiąca woda, pokazywała teraz swoje oblicze, złe oblicze. Pokazywała teraz swoją moc, śmiała się z człowieka, złowrogim szumem mówiła do człowieka; jesteś mi coś winien, nie dbasz o mnie, jesteś arogancki a jam ci tak ufała, to jest kara za zdradę…

Sąsiedzie, sąsiedzie, w radiu słyszałam, że nie mają łączności z Koźlem i nie wiedzą co się dzieje…pan ma telefon…wyrwała mnie z zadumy sąsiadka z innego balkonu…jakie radio…przecież nie ma prądu… Radio-Wrocław, zapisałam numer telefonu… ja mam radio na baterie, niech pan dzwoni, oni czekają. Lata dziewięćdziesiąte to początki telefonii komórkowej w Polsce, miałem wtedy telefon, bo był mi bardzo potrzebny w pracy na statku. Dobra – już dzwonię…

Wybrałem numer; Dzień Dobry, Czesław Szarek dzwonię z Kędzierzyna-Koźla… Dzień Dobry, Radio-Wrocław…skąd pan dzwoni??? …z Kędzierzyna-Koźla i chciałem wam…tak,tak, wchodzimy na antenę…I0,9,8,7, chwileczkę, ja chciałem…tak,tak,6,5,4,3,2,I, start…

“-Tu Radio-Wrocław, drodzy słuchacze udało nam się nawiązać kontakt z Kędzierzynem-Koźle. Mamy na antenie mieszkańca tego miasta. Proszę powiedzieć słuchaczom naszego radia jaka jest sytuacja w Kędzierzynie-Koźlu?
– Dzień Dobry, jestem mieszkańcem lewobrzeżnej części K-Koźla. Całe lewobrzeże jest pod dwu,trzymetrową warstwą wody. Osiedlowe bloki wyglądają jak klocki wystające z dużego jeziora. Zalane jest dosłownie wszystko, brak jest łączności ze Światem, brak prądu. To nie jest zwykła powódź, to potop, szykujcie się już teraz,ta woda dojdzie do was…
– Dziękujemy za iście profesjonalny przekaz z Kędzierzyna-Koźla…tu..tu..tu. ”

Koniec rozmowy.

Siadłem w fotelu, żona zrobiła kawę, zacząłem się zastanawiać co dalej. Zza otwartego okna balkonowego dochodził nadal dźwięk czyjegoś alarmu samochodowego. Co to za cuda, przecież wszystkie auta są pod wodą? Wyszedłem na balkon i spytałem sąsiadki z dołu. A to taki gość kupił przed wczoraj nowe auto, jakieś japońskie, ale on jest z innego osiedla, tu tylko garażuje. Dobre auto… ale alarm jeszcze lepszy…tyle wody a ten wyje i wyje… Gromki śmiech skwitował moją opinię na temat obecnej techniki i wtedy zorientowałem się, że życie blokowe zafunkcjonowało na balkonach.

Z balkonu na balkon, z bloku do bloku przekazywaliśmy sobie informacje…Dzień był słoneczny, wody jak okiem sięga…tyle tylko, że ta wybrała sobie nasze osiedle jako główne koryto, niosła ze sobą wszystko; śmieci, meble, całe altanki z okolicznych i odległych ogródków działkowych…Ktoś przekazał informację, że podobno rynek kozielski jest suchy i dzisiaj po południu będą rozdawać chleb. Tak, ale jak tam dotrzeć ? To jest dwa kilometry w linii prostej, żadnej łodzi czy pontonu.

Po pewnej chwili przyszedł sąsiad z dołu, Olo Diakowski.

– Czesiek, mamy ponton ale nie ma odważnego do płynięcia, jeśli ty się zgodzisz to ja popłynę z tobą.
– Dobra, płyniemy, mam pustą lodówkę i kilka papierosów.

Naszą jednostką pływającą okazał się plażowy pontonik i plastikowe wiosełka. Ruszyliśmy pokonać odrzańską wodę na ulicach miasta. Wybierałem drogę między blokami, tak aby unikać spotkania z głównym nurtem. Zdawałem sobie sprawę jakie to stanowi niebezpieczeństwo dla kawałka plastiku. Po drodze mijaliśmy samochody, które przypłynęły nie wiadomo skąd, w których pracowały wycieraczki, lub świeciły się światła resztką mocy akumulatora. W pewnej chwili coś plusnęło koło burty pontonu, sięgnąłem do wody i wyciągnąłem maleńkie kociątko ratujące się już resztkami sił. Zabrałem to panicznie wystraszone maleństwo do pontonu…mamy ją w domu do dzisiaj, nazywa się Żaba, tak od wody. Po stratach w postaci złamanych dwóch wioseł dotarliśmy do rynku, który rzeczywiście był suchy. Rynek był teraz bazą Straży Pożarnej, bo okazało się, że alarmowo moi koledzy uciekali przed główną falą i jedyne co im się udało uratować to samochody bojowe, reszta poszła z wodą i pod wodę. Ratowali, pomagali, ale do czasu, gdy woda pokazała swoje groźne oblicze musieli i oni ustąpić.

– Cześć chłopaki, co wy tu robicie ? Widzisz Czesiek, musieliśmy się ratować…

Mówili o tym, ale wcale nie chcieli mówić. Znałem ich i wiedziałem dokładnie co chcieliby powiedzieć. To byli strażacy zawodowi, ja byłem do niedawna szefem szkolenia w Oddziale Ratownictwa Wodnego Ochotniczej Straży Pożarnej przy ich jednostce. Żeby rozładować atmosferę zacząłem;

– Lechu, daj jakiś sprzęt, środki łączności, ja zorganizuję zaraz jakiś oddział w dzielnicy Koźle-Zachód, będziemy wam pomagać…

Tu znowu smętna mina mego kolegi. Pokazał na stojące samochody, z kieszeni wyciągnął ręczną UKF-kę…

– To jest mój cały sprzęt.

To niedobrze, to bardzo niedobrze. Czy trzeba aż takich kłopotów aby ludzie zrozumieli tak ważne sprawy, czy Polak zawsze musi być mądry po szkodzie? Mój kolega Olo wrócił właśnie z zakupów; przyniósł kilka paczek papierosów i kilka paczek ciastek. Chleba już nie było.

– Lechu, wracamy do domu… aha, ja mam telefon komórkowy…działa, inne nie działają, gdyby coś się organizowało to daj znać…rozumiesz…
– Jasne, powodzenia.

W drodze powrotnej zobaczyliśmy nad miastem wysoko latający żółty helikopter, chyba RMF-u. W drodze powrotnej a płynęliśmy teraz z prądem, mocnym prądem, zacząłem doceniać ten plastikowy pontonik, inni nawet tego nie mieli.

– Jesteście, co macie ciekawego?
– Papierosy,ciastka i małego kotka. Co kota kupiliście?
– Nie, uratowałem go, bo się topił…

Najprawdopodobniej mój kolega Olo przekazał sąsiadom informację o tym, że powódź nas dopadła z pustą lodówką, bo zaczęli nas odwiedzać sąsiedzi i przynosili nam zaopatrzenie. Było to naprawdę miłe z ich strony. Dziękujemy raz jeszcze.

Tego dnia wieczorem zadzwonił mój telefon.

– Halo, czy to Koźle ? Tu Karlsruhe w Niemczech, dzwonimy do was aby się dowiedzieć jak wam możemy pomóc, wiemy jest u was wielka powódź, co wam jest potrzebne, jutro w naszym kościele jest specjalna msza, będziemy zbierać pieniądze, będziemy organizować pomoc dla was, nie mamy informacji co jest wam potrzebne, nie mamy kontaktu z waszymi władzami, to jedyny telefon z jakim się połączyliśmy, reszta milczy…
– Halo, halo, tak tak, to Koźle, tak mamy powódź, ale ja jestem zwykłym obywatelem nie mam kontaktu z naszymi władzami, wszystko jest zalane…
– Nic nie szkodzi, proszę się zastanowić jak możemy wam już pomóc, co jest wam potrzebne, my zadzwonimy za godzinę, może już pan będzie coś wiedział, może pan nawiąże jakieś kontakty, za godzinę, do usłyszenia.

Moja żona i córka patrzyły na mnie ze zdziwieniem.

– Z kim ty rozmawiałeś ?
– Kościół z Karlsruhe organizuje dla nas pomoc… Wiedzą o powodzi, nie mają innego kontaktu, to jedyny telefon, który działa w całym zalanym mieście, chcą wysłać pomoc…nie wiedzą co teraz jest najpilniejsze…zadzwonią za godzinę…co im powiedzieć ?
– Zastanówmy się, wspólnie może coś wymyślimy, jesteś pielęgniarką, co jest potrzebne w takich sytuacjach dla ludności, jakie są zagrożenia dla ludzi, przed czym trzeba się zabezpieczać, czy nie grozi nam jakaś epidemia, co z dostawami prowiantu, co z ewakuacją tych, którzy muszą albo chcą być ewakuowani, co z łącznością ze światem, zastanówmy się…
– Tato, Radio-Park znowu działa, zapisałam numer telefonu, zainstalowali się w budynku telegrafu, dół jest zalany, ale oni są na piętrze, może oni mają łączność z władzami…

Telefon milczał, prawdopodobnie przekazywane informacje na antenie pozyskiwali podobnie jak my na osiedlu, z ust do ust, z balkonu na balkon, z budynku do budynku.

Zastanawialiśmy się nad odpowiedzią dla Karlsruhe, nie wiedzieliśmy co im odpowiedzieć, wszystko było zalane, potrzebne było wszystko,wszystko, ale podstawowym brakiem był brak informacji. Córka nasłuchiwała Radia-Park na maleńkim słuchawkowym radiu, komunikaty były bardzo skąpe.

Dzwoni telefon.

– Halo, tu Karlsruhe, czy już pan coś więcej wie, co mamy wysyłać, samochody Czerwonego Krzyża już czekają, chcą już jechać do was.
– Halo, tak tu Koźle. Nie wiem co moglibyście już teraz wysłać dla nas…jest zalany szpital, zalane sklepy, nie mamy prądu i łączności, woda w kranie jest ale nie wiadomo czy na pewno nadaje się do picia, stacja wodociągów w Koźlu jest pod wodą, potrzebne jest praktycznie wszystko…halo, halo, w tej chwili nasze miejscowe radio nadaje komunikat o tym, że od jutra helikoptery będą dostarczały prowiant, że będzie organizowana ewakuacja dla tych całkowicie zalanych. Rozlewisko Odry w okolicach Koźla ma I5 kilometrów szerokości, zalane jest Koźle, Koźle Rogi, Koźle Port, Kłodnica i otaczające wioski, Kędzierzyn podobno jest suchy. To tyle co wiemy na chwilę obecną. Może jutro będę wiedział więcej, proszę zadzwonić jutro, dziękujemy za pamięć, będziemy czekać na telefon.

– Tu Radio-Park, nadajemy komunikaty dla powodzian, kto nas słyszy proszony jest o przekazanie tych informacji dalej…
Jutro spodziewana jest pomoc dla powodzian z powietrza. Helikoptery będą dostarczały prowiant, wodę pitną. Proszę na budynkach wywiesić białą flagę jeśli potrzebna jest dostawa żywności a czerwoną flagę jeśli mieszkańcy chcą się ewakuować. Helikoptery będą operowały dwa razy dziennie. W Kędzierzynie zorganizowane zostały punkty dla ewakuowanych, inne są w trakcie organizacji. Podajemy nr telefonu do sztabu pomocy dla powodzian…Kto nas słyszy proszony jest o przekazanie tych informacji dalej… Tu Radio-Park…

Następnego dnia rozeszła się pocztą balkonową informacja o helikopterach, po pewnym czasie osiedle “udekorowane było” białymi flagami, na dachach przylegającego do naszego osiedla osiedla domków jednorodzinnych pojawiły się białe ale i czerwone flagi. Nadleciały helikoptery, potężny ryk silników i huraganowy pęd powietrza z ich wielkich śmigieł robiły duże zamieszanie na osiedlu, mieszkańcy pośpiesznie zamykali okna, na dachy domów zrzucano paczki z prowiantem. Białe flagi zaczęły znikać z budynków. Inne helikoptery operowały nad domami z czerwonymi flagami, do powodzian opuszczali się ratownicy, zapinali ludzi w specjalne uprzęże i wciągali na pokład helikopterów. Sukcesywnie znikały czerwone flagi.

Po południu były znowu helikoptery nad osiedlem, uzupełniali zrzuty, zabierali innych zdecydowanych na ewakuację.
Tego też dnia rozdzwonił się na dobre mój telefon.

– Halo Koźle, dzwonię ze Szwecji, czy pan wie, czy zalane są ulice… gdzie są ewakuowani mieszańcy…jak mogę nawiązać z nimi kontakt…
– Halo Koźle, dzwonię z Anglii… dzwonię z Włoch… dzwonię z Niemiec… Grecji… Szwajcarii…

Moja lista z pytaniami o nazwiska, adresy, o sytuację gwałtownie się rozrastała, w nocy zaczęli dzwonić ludzie z Polski.

– Halo, dzwonię ze Szczecina, w Koźlu mieszka moja córka na osiedlu Zachód, ona mieszka na parterze, czy dużo tam jest wody ?… 2 do 3 metrów proszę pani, jak się nazywa córka, może ją odnajdziemy…nazywa się…i pracuje w Radiu-Park…Jest cała i zdrowa…słyszmy ją przez radio…jest bardzo zapracowana…jest na okrągło w studio radiowym…czy pan ma z nią kontakt…sporadycznie, ale tak…Boże, to dobrze…

Bateria w telefonie siadała, podłączyłem akumulator z samochodu sąsiadki, który udało się jej wymontować. Telefon dzwonił nadal; …czy pan wie coś na temat Kłodzka ?…czy tam jest woda ?… Takich telefonów były setki, starałem się odpowiedzieć na wszystkie albo podawałem numery do Sztabu Powodziowego w Kędzierzynie.

Był wieczór, zza otwartego okna balkonowego usłyszałem wołanie o pomoc, wychyliłem się przez barierkę balkonu, z sąsiedniego bloku wołała kobieta; jest pilnie potrzebny helikopter, młody człowiek z naszego bloku musi być natychmiast odstawiony do szpitala, jest przy nim lekarz, ale nie może mu pomóc, nie ma żadnych środków. Chłopak ma jakiś krwotok wewnętrzny…pilnie potrzebny helikopter…

Dzwonię do Sztabu Powodziowego, telefon odbiera lekarz, przedstawiam sprawę…nic nie możemy pomóc, nie mamy jak…nie mamy sprzętu …może helikopter, ale oni nie latają nocą…podaję numer telefonu na lotnisko w Strzelcach Opolskich…niech pan próbuje…
Dzwonię na lotnisko, odbiera oficer dyżurny…nic nie pomożemy, piloci właśnie skończyli loty…jutro…jest już ciemno…

Ten młody człowiek może nie doczekać jutra…pomoc potrzebna jest natychmiast…proszę zadzwonić za pół godziny, zobaczę co da się zrobić…Te pół godziny zmieniało się w wieki. Przez balkon pytam sąsiadkę;… co z nim ?…gorzej, nie wiadomo czy wytrzyma do rana…jest przy nim lekarz, robi mu okłady…
Dzwonię ponownie, … lecą już ?…z nim jest coraz gorzej…
Nic się nie da zrobić, jest noc, piloci odmówili lotu, o świcie, oznaczcie dobrze budynek, żeby piloci nie tracili czasu na szukanie. Była pierwsza w nocy, nerwowe czekanie na świt, na helikopter.
Rzeczywiście, o świcie poderwał nas na nogi ryk silnika helikoptera, który zawisł nad oznaczonym budynkiem. Na dach budynku zeszła ekipa ratowników, po pewnym czasie helikopter odleciał z chorym na pokładzie.

Dzwoni telefon:

– Tu Sztab Powodziowy, mówi doktor…jak panu udało się załatwić sprawę tego młodego chłopaka ? …
– Dzisiaj o świcie zabrał go helikopter…w nocy nie chcieli…
– My też mamy problemy, może pan jako marynarz nam pomoże, lekarze nie mają jak docierać do chorych, amfibia, którą mamy z wojska nie nadaje się do pracy w tak trudnych warunkach, może pan zna lepszy sposób ?
– Wydaje mi się, że nadał by się tutaj kuter jakiego używają wojska saperskie, KS-I50 czy jakaś podobna nazwa.
– Czy pan wie gdzie to można zdobyć ?
– W Brzegu Opolskim jest jednostka saperów i w wielu innych miejscowościach.
– Czy pan potrafi to uruchomić ?
– Każdy marynarz potrafi pływać takim kutrem.
– Nie o to pytam, czy pan potrafi to załatwić z saperami ?
– Pan wybaczy panie doktorze, ale ja jestem powodzianinem jak wielu innych, to wy jesteście władza, to wy powinniście rozmawiać z wojskiem, ja mogę zaoferować swoją pomoc już przy pływaniu takim sprzętem w tak trudnych warunkach. Takich jak ja jest tutaj wielu, to jest marynarskie osiedle.

– My jako Sztab też nie możemy tego załatwić…
– Panie doktorze, dzwoni do mnie dużo ludzi z Polski i z Europy, pytają o sytuację w mieście, o swoich bliskich, odsyłam ich do was bo nie mam wiedzy jak i gdzie są rozlokowani ewakuowani powodzianie, czy ci pytający docierają do was ?.
– Tak, tak, już teraz udzielamy pełnych informacji…jak to rozumieć już teraz ? Na początku były problemy, ale już teraz mamy sprawę pod kontrolą.
– Panie doktorze, wiem że już jest w drodze różnego rodzaju pomoc humanitarna z Polski i z Zagranicy dla naszego miasta, dla naszych powodzian, gdzie kierować te transporty, ciągle zgłaszają się nowi chętni do udzielenia pomocy, pytają co nam jest potrzebne ?
– Generalnie to potrzebne wszystko, proszę ich kierować na adres hotelu Lech w Kędzierzynie. Bądźmy w kontakcie telefonicznym, to pomoże wiele załatwić. Dziękuję za rozmowę, do usłyszenia.

Znowu telefony;

– Jedziemy do was z Warszawy, wieziemy dla was potrzebne rzeczy, jak do was dojechać…
– Halo, tu Karlsruhe, jedzie do was transport z pomocą. Wieziemy środki opatrunkowe, szczepionki, środki higieny osobistej, środki dezynfekcyjne, jadą dwa samochody specjalistyczne do uzdatniania wody, jadą samochody z wyposażeniem dla szpitala w Koźlu i wiele innych rzeczy, gdzie mamy to dostarczyć, pod jaki adres ?
– Do Kędzierzyna, tam jest Sztab Powodziowy, my mamy jeszcze wszystko pod wodą.

– Halo, tu Wojewoda Opolski, czy może pan przyjąć telefonogram dla waszego Prezydenta ?
– Tak, tak, już mogę notować… …tak, oczywiście dostarczymy błyskawicznie. Do usłyszenia.

Telefony, pytania, informacje, prośby…zmieniłem kolejny akumulator.

Telefonów z pytaniami było wiele, pytano;…gdzie mogę być moi krewni, którzy ewakuowani byli…kiedy będzie można przyjechać do miasta…jakie straty są w mieście…takich pytań były setki. Ludzie troskali się powodzianami, martwili się stanem miasta, oferowali pomoc. Takie zachowanie było bardzo miłe i krzepiące, wiedzieliśmy że nie tylko my czekamy na zejście wody powodziowej.Zaczęły docierać do nas informacje o zalanych innych miastach, o walce z wodą, o ratowaniu dobytku. Wszędzie jednak tam pojawiał się ten sam aspekt sprawy co u nas. Brak przygotowania. Władze pokazały swoją słabość. Czy tylko słabość w konfrontacji z Wielką Wodą, czy może coś jeszcze ? Zaczęły się rozmowy w mediach o stratach gospodarki państwa, o ubezpieczeniach, o konieczności inwestowania w rzeki, o konieczności budowy zbiorników retencyjnych, mówiono o wielu sprawach.

Nadszedł wreszcie czas gdy woda ustępowała, powoli ukazywał się obraz, który przykrywała do tej pory kurtyna Wielkiej Wody. Ukazał się brud i zniszczenie, ukazało się chamstwo i złodziejstwo. Tam, skąd jeszcze niedawno ewakuowano zagrożonych mieszkańców, ewakuowanych z ich własnych domów, pozostawiających wszystko co mieli bo ratowali to co najdroższe, własne życie, teraz pojawiły się nocne hieny i rabowali to co można było zrabować. Pojawiali się nocami, przypływali na pontonach lub w kajakach, wywozili to co uznali za wartościowe. Działali bezkarnie, nikt nie był w stanie im przeszkodzić, bo i jak, sam krzyk nie pomagał, policji nie było. Przybywali nie wiadomo skąd, podobno przyjechali z ……. aby rozwozić zaopatrzenie, bo helikoptery już działały w innych miastach.

Woda ustąpiła, na ulicach pojawiły się patrole policyjne i wojskowe, wprowadzono godzinę policyjną. Wprowadzono szczepienia ochronne. Zaczęło się wielkie sprzątanie. Góry śmieci, zniszczonych mebli i wyposażenia…Woda pozostawiła po sobie obraz grozy. Zniszczone nawierzchnie ulic i chodników, zniszczone sklepy, urzędy, szkoły, przedszkola, szpital, przychodnie lekarskie, zakłady pracy, domy mieszkalne i mieszkania. Wszędzie jednak tam pojawiali się ludzie i zabrali się do ciężkiej pracy. Samochody ciężarowe sukcesywnie wywoziły z miasta ” dorobek ” Wielkiej Wody. Właściciele zalanych samochodów starali się przywrócić je do dawnego stanu. Nikt nie był w stanie powiedzieć jak długo będzie trwało przywracanie miasta do normalnego stanu. Gdzie to było możliwe pojawiły autobusy komunikacji miejskiej, stopniowo przywracano zasilanie energią elektryczną, stopniowo też zaczynały działać telefony, uruchamiano zniszczone i rozkradzione sklepy…

Przyszedł czas na mój powrót do pracy zawodowej. Wyjechałem z miasta. Po drodze oglądałem tereny nie dotknięte powodzią. Rozmawiałem z ludźmi, opowiadałem. Słuchali, kiwali znacząco głowami. Zastanawiałem się czy my wszyscy wyciągniemy właściwe wnioski z tej lekcji. Lekcji, która dotknęła południowo-zachodnią i zachodnią Polskę, a której tematem była ; Woda, Wielka Woda. Czy pomni tych lipcowych I997 roku będziemy mądrzejsi, czy odwrócimy się DO RZEKI, czy będziemy otwarci na współpracę z nią, czy będziemy przygotowani do następnego egzaminu ?

Minęło dziesięć lat. Czy gotowi jesteśmy do ponownego egzaminu ? Zdania są różne. Jedni twierdzą że tak, bo zrobiono dużo, bo wyremontowano…naprawiono…usunięto… Inni twierdzą że nie, bo nie zmieniono modelu myślenia. Kto ma rację ?.
Czy rządowi radcy i doradcy opracowujący papierowe projekty pt. Strategia Gospodarki Wodnej ? Czy ekolodzy, twierdzący że rzeki same ten problem rozwiążą ? Hydrolodzy czy melioranci ? Nauka czy praktyka ? Naród czy politycy ?
A może my wszyscy ?
Są to pytania kierowane do każdego z NAS. To nie ja zadaję to pytanie, TO PYTANIE ZADAJE NATURA.

Poszarpany błękit nieba
Obraz groźny rzece daje,
Wczesnym rankiem w swojej łodzi
Człek zamiary swe wyznaje.

Jesteś mądra Moja Pani
W swoim nurcie, głębi, toni
Wykaż hojność swoją dzisiaj,
Oszczędź proszę mi pogoni.

Tyś mą matką – żywicielką,
Której winnym jest pokorę,
Pozwól mi napełnić sieci
i do domu wrócić w porę.

Tam w zaciszu mojej chaty
żona, dziatki, moje chluby
spraw bym radość u nich widział
bym wypełnił swoje śluby.

kpt. żegl. śródl. Czesław Szarek

P.S. Kilka dni po moim wyjeździe z Koźla przyszedł ów młody człowiek i na ręce mojej żony przekazał podziękowania za pomoc, był już zdrowy. Kotka Żaba jest nadal w naszym domu i ma się dobrze.


10 lat po Wielkiej Wodzie 1997
Okrągła rocznica powodzi stulecia w dorzeczu Odry sprowokowała mnie do napisania kilku refleksji i odniesienia się w ten sposób do innych rozpraw “pasożytujących” na tej tragedii. Przez te dziesięć lat w pełnych “zielonego zadęcia” artykułach można było przeczytać, że to regulacja rzeki i uczynienie jej żeglowną trasą transportową sprawiło, że doszło do tragedii lipca 1997….

Z całym szacunkiem dla autorów takich “rewelacji”, którym nie można odmówić wiedzy z zakresu biologii, botaniki, geografii i historii pozwolę sobie na wyrażenie opinii, iż ta wiedza jest kompletnie nieprzydatna w ustaleniu przyczyn wielkiej powodzi, a ściślej przewidywania jej przebiegu i skutków. Tak naprawdę za katastrofalną powódź tylko w części winna jest natura – resztę i to o wiele gorszą sprawili ludzie – nieprzygotowani zawodowo i merytorycznie do pełnienia swoich funkcji oraz kompletny brak w Komitetach Powodziowych, Sztabach Kryzysowych ludzi znających się na zjawiskach w rzece. Popełniono taką ilość błędów, że można byłoby z nich usypać wał stulecia. Popełniono je wtedy, gdy skutkom powodzi można było zapobiec lub wydatnie je zmniejszyć.

Urodziłem się i mieszkam przez ponad pół wieku w pobliżu miejsca, gdzie do Odry wpada najbardziej kapryśna i szalona rzeka Sudetów – Nysa. To w celu jej ujarzmienia zbudowano w latach 1928-33, tuż powyżej miasta Otmuchów, zbiornik retencyjny – Jezioro Otmuchowskie. Powierzchnia jeziora wynosi 2 tys. ha, a pojemności 143 mln m3. Kiedy jego postępujące zamulenie (od II Wojny nie czyszczono go wcale) spowodowało spadek pełnej możliwości retencji i przechwytywania groźnych wezbrań – zbudowano w 1972 r Jezioro Nyskie (zwane także Jeziorem Głębinowskim) o podobnej powierzchni 2 tys. hektarów i pojemności 113,6 mln m3.

W latach Peerelu zarząd nad zbiornikami sprawowało częściej Ministerstwo Rolnictwa niż Ministerstwo Żeglugi czy Transportu. To wówczas chyba zaczęto sobie wyobrażać, że te zbiorniki służą li tylko do podnoszenia poziomu wód gruntowych w celu zwiększania plonów a w ostateczności do wypoczynku nad ich brzegami. O zrzuty w celu poprawienia warunków nawigacyjnych na Odrze w okresie niskich stanów doprosić się nie można było…

Przez te moje pół wieku zdarzały się w Brzegu i okolicach powodzie mniejsze i większe… Często w dzieciństwie widziałem zalaną dzielnicę Rataje (wówczas podbrzeską wieś), podtopione łąki i pola między Brzegiem a Oławą. Często w wyniku tzw. cofki występowały z brzegów rzeczki i potoki wpadające do Odry na tym obszarze i najczęściej to one zalewały pola i łąki oraz niektóre ulice w mieście położone tuz przy nich.

Potem gdy zawodowo pływałem na Odrze statkami żeglugi towarowej – niejednokrotnie spotkałem się z dużą wodą i zjawiskami jakie jej towarzyszą, ale nigdy nie było takiego zagrożenia jakie przyniósł pamiętny lipiec 1997.

Ale zacznijmy od źródeł – dosłownie i w przenośni….

Zarówno Odra jak i Nysa biorą swój początek w górach, w których w krytycznym czasie wystąpiły długotrwałe i obfite opady deszczu. O tych opadach placówki meteorologiczne informowały zarządy dróg wodnych i władze samorządowe w dorzeczu Odry. Jak odnoszono się do tych informacji – trudno dziś sprawdzić i jednoznacznie stwierdzić. Zakładam jednak, że znakomita większość ludzi, do których kierowano te ostrzeżenia nie miała wyobrażenia o zagrożeniu ani nie konsultowała się w tej sprawie z fachowcami od zjawisk hydrologicznych.

Jednym z miejsc, które najdotkliwiej wskutek powodzi stulecia ucierpiały była dolina Odry w okolicy Brzegu, dlatego postaram się przybliżyć mój pogląd na przyczyny już nie samej powodzi, ale jej skutków, które w znacznej mierze można było przewidzieć i skuteczniej im zapobiegać.

Podstawowym faktem dla dalszych rozważań jest różnica długości odcinka Odry (od jej źródeł do ujścia do niej Nysy) w stosunku do długości Nysy (od źródeł do jej ujścia do Odry). Woda z opadów w Sudetach znacznie szybciej przybywa Nysą w okolice jej ujścia do Odry niż woda płynąca Odrą – co jest logiczne i oczywiste dla każdego kto umie liczyć kilometry i prędkości przepływu.

Z mojego “miejsca na brzegu w Brzegu” śledziłem rozwój wypadków i wierzcie lub nie – znaczną większość skutków przewidziałem (mam świadków, którzy pamiętają gdy to im mówiłem). Do takich “przewidzianych” skutków należało m.in. spotkanie się fal kulminacyjnych Odry i Nysy w ujściu Nysy (czemu się często zaprzecza a co po części wywołane zostało przez ludzi) oraz groźba pęknięcia wałów w okolicy Brzegu w określonym przeze mnie miejscu: jest to ostre zakole Odry poniżej ujścia do Odry Stobrawy – z dużą siłą odśrodkową nurtu połączonych już nieco wyżej Nysy i Odry.

Woda wdarła się przez wały właśnie tu – w kilku miejscach tego odcinka, gdzie między innymi tuż za wałem powodziowym prawego brzegu jest staw – tzw Babi Loch. Jego obecność tuż za wałem powiększała w nasiąkniętym wale infiltracyjną erozję gruntu i ułatwiła rzece jego przerwanie.

Woda poszła “na skróty” w pradolinę Odry w kierunku wsi Czepielowice i z powodu braku możliwości ujścia została tam miesiąc (!) zalewając kilkanaście wiosek. Nieco mylne jest określanie, że rzeka popłynęła “starym korytem” – zasiedlone przez ludzi zarośnięte meandry, niegdysiejsze łachy i starorzecza to już nie stare koryto lecz dawna dolina rzeki. To właśnie “ucywilizowanie” dzikiej rzeki sprawiło, że takie zasiedlanie i rolnicze użytkowanie żyznej pradoliny stało się możliwe choć nie w każdym miejscu uzasadnione i bezpieczne.

Przewidywałem tez fakt , że w wyniku cofki w okolicach dolnego biegu i ujścia Oławy do Odry (wrocławskie Niskie Łąki nie bez kozery maja taką nazwę) może dojść do wystąpienia wody w tym rejonie Wrocławia. Pamiętajmy, że Oława bierze początek na Przedgórzu Sudeckim, a więc znajdowała się w tej samej strefie opadów lipcowych w 1997. Nie miała więc pustego koryta. Przy marnym obwałowaniu tejże Oławy w okolicach Wrocławia dostęp tzw cofki wysokiej wody z Odry do Księża Małego, ulicy Traugutta i dalej do Dworca Głównego był wysoce prawdopodobny… .

Nie zmuszam nikogo aby mi w te “przepowiednie” wierzył, ale przecież gdyby w sztabach przeciwpowodziowych zatrudniono kogoś z nas – absolwentów Technikum Żeglugi Śródlądowej – większość z nich doszłaby do takich samych wniosków na długo przed przyjściem wody. Mieliśmy bowiem na wykładach w szkole zarówno budownictwo wodne jak hydrologię z meteorologią i pewne sprawy byłyby dla nas oczywiste.

Kiedy więc nadchodziły sygnały o niespotykanych opadach deszczu w Sudetach, kiedy z gwałtownością właściwą szalonej, górskiej rzece Nysa pustoszyła już Kłodzko – dwa zbiorniki retencyjne (w Otmuchowie i Głębinowie) należało natychmiast opróżnić, aby przygotować się na przejęcie olbrzymiej ilości wody płynącej z gór. Nie zrobiono tego. Nie wnikam w przyczyny tych decyzji, gdyż – jak mawia porzekadło – to już musztarda po obiedzie. Zrzuty ze zbiorników zapoczątkowano o wiele za późno – już w chwili gdy w zasadzie przelewała się przez nie fala przyboru Nysy.

Sprowadzono w ten sposób na dodatek zagrożenie dla miasta schowanego za tamą zbiornika retencyjnego. Miasto Nysę nie zalała bowiem natura, lecz ludzie, którzy nie byli już w stanie kontrolować wielkości przepływu wody przez przepusty tamy Jeziora Głębinowskiego. Jak się okazało – ten fakt miał podstawowe znaczenie dla przebiegu dalszych wydarzeń i zjawisk hydrologicznych w Dolinie Odry.

Gdyby rozpoczęto zrzuty ze zbiorników wcześniej – woda z nich dotarłaby w ujściu Nysy do Odry na długo przed wezbraniem wód Odry do poziomów krytycznych w tym miejscu. Ten bardziej kontrolowany zrzut zdążyłby się “rozłożyć” w korycie Odry przed nadejściem wezbrania, które szło w dół rzeki od Czech.

Poza oczywistą korzyścią, wynikającą z opróżnienia zbiorników, co dałoby możliwość powstrzymania gwałtownych przepływów z Nysy w czasie dla Doliny Odry krytycznym – podniesienie się poziomu Odry poniżej ujścia Nysy odegrałoby kapitalną rolę psychologiczną: dałoby ostrzegawczy i wyraźny sygnał zarówno mieszkańcom nadrzecza jak i samorządowcom, że żywioł jest groźny. Zrzuty z jezior Nyskiego i Otmuchowskiego podniosłyby poziom Odry i przekonały niedowiarków, że nie ma żartów: idzie naprawdę wielka woda!

Pamiętam z jakim niedowierzaniem i oporem spotykały się wśród mieszkańców nadodrzańskich wsi wezwania wojska i władz lokalnych do ewakuacji. Przecież każdy widział, że rzeka – leżąca na dodatek kilka kilometrów od ich domów – jest “prawie normalna” i nikt nie chciał pozostawić mienia i zabudowań na pastwę szabrowników. Odra wówczas obnażała dopiero swą siłę w “dalekim” Raciborzu. Tu szyderczym chichotem kłania się budowa zbiornika retencyjnego w Raciborzu – planowana od lat 70 – ciągle jest w powijakach.

Zbiorniki Głębinowa i Otmuchowa po ich opróżnieniu zaczęłyby w sposób kontrolowany przepuszczać wezbranie na Nysie, aby nie dopuścić do tego, by fala powodziowa Odry i Nysy nałożyły się na siebie jednego dnia (pamiętam jak dziś: było to 11.07.1997). Ogólnie rzecz ujmując – zamiast gwałtownego, niszczącego ataku skumulowanych fal Nysy i Odry mielibyśmy długie, rozciągnięte w czasie (i na pewno także groźne) wezbranie na Odrze, ale miałoby ono całkiem inny charakter.

Łatwiej jest walczyć z powodzią, gdy woda nie przybiera tak nagle jak miało to miejsce w lipcu 1997. Gwałtowne wydarzenia, takie jak przerwanie wałów dają potem asumpt do twierdzeń, iż wysadzono je celowo. Poza nielicznymi przypadkami takich działań – większość przerwań wałów to dzieło samej rzeki – przepełnionej i wezbranej – przepełnionej również ludzką bezmyślnością i ignorancją.

Pamiętam jak jeden z radnych miasta Brzeg siedział nad brzegiem Odry przy moście i obserwował podnoszącą się niemal w oczach wodę. Oczekiwał, że woda zaleje ten most i kiedy tak się nie stało – stwierdził, że wysadzono wały, aby woda nie zalała miasta. Z trudem w obliczu kataklizmu powstrzymałem śmiech … Nie wiem jakim cudem woda miałaby zalać most leżący wyżej niż korona wałów – nawet gdyby one wytrzymały jej napór. Obserwując rzędne wysokościowe na mapach można to z całą precyzją ustalić. Nadzory Wodne dysponują świetnymi choć starymi mapami, na których można było słabe miejsca wyłapać na długo przed przyjściem fali. Pracowałem jako inspektor nadzoru nad żeglugą na takich mapach właśnie w siedzibie Nadzoru Wodnego w Brzegu.

Sam Brzeg jako miasto nie był zresztą zagrożony powodzią nigdy. Historyczna nazwa – Wysoke Breg (Wysoki Brzeg) – wyraźnie określa jego położenie na wysokim brzegu Odry i centrum miasta położone jest sporo ponad lustrem wody – nawet mocno wezbranej.

Inne miasta, a raczej ich części takie jak opolskie Zaodrze czy wrocławski Kozanów, zbudowano na terenach naturalnie przeznaczonych do zalania w razie wystąpienia wielkiej wody. Nie były to być może regularne poldery przeciwpowodziowe, ale z całą pewnością tereny, które powinny zostać całkowicie wyłączone z urbanizacji. Ich rzędne terenowe odpowiadają niemal poziomowi dna rzeki niewezbranej, od której oddziela je tylko wał. Zaniedbania w utrzymaniu głównego koryta Odry (brak pogłębiania, dopuszczenie do niekontrolowanego rozwoju roślinności – głównie samosiewów drzew w obszarach międzywala) znacznie zmniejszyło pojemność koryta czyli jego retencję własną. Obecnie z roku na rok jest pod tym względem coraz gorzej i tylko patrzeć, jak kiedyś żywioł zweryfikuje ponownie kompetencje ludzi odpowiedzialnych za gospodarkę wodną.

Bilans powodzi to:
56 ofiar śmiertelnych,
200 tysięcy osób ewakuowanych,
2592 zalanych miejscowości, w tym 1362 całkowicie,
zniszczonych 480 mostów, ponad 1370 km dróg i 1100 km wałów przeciwpowodziowych.

kpt.ż.ś. Andrzej Podgórski
foto: kpt. ż.ś. Janusz Fąfara

192 total views, 1 views today

Dodaj komentarz