Co Pan zastał w Polskiej Żegludze Morskiej, na powrót przejmując stery po ponad dekadzie od opuszczenia tej firmy?

To unikalna sytuacja w polskiej gospodarce. Rzadko się zdarza, aby osoby, które pozostawiły przedsiębiorstwo wiele lat temu, miały szansę do niego wrócić. W moim przypadku to wyjątkowe doświadczenie, bo jestem związany z Polską Żeglugą Morską od 1983 r. To była moja pierwsza praca po zakończeniu studiów na Wydziale Ekonomiki Transportu Politechniki Szczecińskiej.
Na pytanie mogę odpowiedzieć na przykładzie promu „Polonia”, naszego flagowego okrętu. On akurat dobrze obrazuje zmianę sytuacji. W momencie nabycia kosztował 130 mln dolarów i w 2005 r. był już spłacony. Wówczas był młodszy o 11 lat i mógł zarabiać. Obecnie ten prom znów jest zadłużony, a w dodatku jest starszy. Bałagan finansowy i działania zarządu po raz kolejny obciążyły tę jednostkę. Nie podejmowano koniecznych działań, a jak już coś robiono, to przeważnie szkodziło to przedsiębiorstwu. Takie jest nie tylko moje zdanie, takie są jednocześnie wyniki kontroli przeprowadzonej przez Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej.

Jak do tego doszło? Nie było żadnej wcześniejszej kontroli?

W marcu tego roku PŻM utworzył dział kontroli wewnętrznej. I to nie dlatego, że okazał się on potrzebny po 70 latach istnienia przedsiębiorstwa, ale dlatego, że w momencie przejęcia władzy przez koalicję PO–PSL taki departament zlikwidowano. Nie było żadnej kontroli wewnętrznej, ale nie było również nadzoru zewnętrznego. Mogę powiedzieć, że firma się staczała, a proces ten zahamował dopiero minister Marek Gróbarczyk, wprowadzając zarząd komisaryczny. To daje szansę, aby uratować firmę. Przedsiębiorstwu groziło zniknięcie. Statki się starzeją, są złomowane, a firma nie inwestując, po prostu się zwija, bo nie ma na czym wypracowywać zysków.

Ile statków miało PŻM w 2006 r.?

W 2005 r. zostawiłem w firmie 93 statki z promami włącznie, a obecnie jest 55 statków.

Co się stało z 38 sztukami?

Te statki zostały sprzedane konkurencji i w lwiej części są nadal jednostkami użytkowanymi. Są w wieku, w którym ich eksploatacja jest ekonomicznie uzasadniona. Ich zakup pozwolił konkurencji na wejście na rynki do tej pory obsługiwane przez PŻM. Patrząc na proces sprzedaży tych maszyn, widać, że dochodziło tam do dramatycznych nieprawidłowości. Statek był remontowany na przykład za 1,9 mln dolarów, a następnie sprzedany za 2 mln dolarów. Komuś ten statek sprzedano, żeby robił nam konkurencję na niektórych ładunkach.

Cały wywiad w najnowszym tygodniku „Gazeta Polska”.